Poświęcono mu już dziesiątki studiów czy artykułów i wszystkie wspólnie orzekają: Komeda jest człowiekiem pełnym miłości, pełnym ciepła i ludzkich uczuć, pełnym cierpliwości i tolerancji. W jego muzyce to wszystko kołysze się i swinguje. Ale jak powstaje muzyka Komedy? Estrada Nagrania postara się na to intrygujące pytanie odpowiedzieć w najdrobniejszych detalach.
Z kręgu osób bliskich Komedzie wysuwane są sugestie, że pomysł kompozycji rodzi się u niego spontanicznie. „Najpierw nagrywa na magnetofon, rejestruje różne pomysły, jakie mu wpadają do głowy. Nuci przy tym straszliwie fałszując” – mówi jego żona Zofia.
Pracuje raczej szybko, obce mu są „męki twórcze” znane z różnych biografii – pisze do nas Adam Sławiński. „Nie zawsze jednak pomysł pojawia się natychmiast. Wówczas niekiedy słucha płyt, zawsze - o ile wiem – jazzowych i to nowoczesnych, awangardowych. Niczego jednak nie kopiuje przepuszczając każdą inspirację przez filtr swojej wyrafinowanej wyobraźni. Podkreśla konieczność ukazywania w muzyce swojej własnej osobowości. Jego celem jest – jak to określa – „muzyka osobista” (...). Najlepsze pomysły muzyczne przychodzą mu wieczorem, tuż przed zaśnięciem, na granicy snu i jawy. (...) Jego wyobraźnia kompozytorska działa niekoniecznie tylko w chwili, gdy zasiada do starego jasnobrązowego pianina. Może też wyniknąć stąd wniosek (trochę ryzykowny), że pomysły, które najwyżej sobie ceni, płyną z jakiś obszarów podświadomości, a w każdym razie pojawiały się w chwili, gdy racjonalna kontrola umysłu była przytępiona.”
Kompozycje powstają w ten sposób, że najpierw w domu Komeda robi coś w rodzaju szkicu, dość dokładnie przemyślanego w 70%. Pozostałe 30% jest niewiadomą i wszystko zależy najczęściej od pierwszej próby. Dlatego tak ważne jest dla niego to, z kim po raz pierwszy próbuje nową kompozycję, np. Astigmatic próbował po raz pierwszy m.in. z Rune Carlssonem, co dawało mu nowe możliwości, gdyż jest to muzyk, który od razu wyczuwa intencje Komedy wysuwając przy tym swoje propozycje – i tak już zostaje. Bardzo ważne jest dla Komedy usłyszenie idei wymyślonych w domu. Potrafi godzinami zastanawiać się nad szczegółami brzmieniowo-melodycznymi, dynamicznymi, akompaniamentem, a ponieważ jest bardzo konsekwentny, efekt musi być taki jaki sobie założy.
„Jestem dumny, że z nim gram, choć próby trwają dzień w dzień do białego rana” – mówi Jan Zylber. „Nie wiem skąd czerpie cierpliwość, by powtarzać z nami jedna frazę sto i więcej razy. Może to jego uśmiech, że po czterech godzinach próbowania w kółko sygnaturki, której obłąkana tonacja plącze muzykom palce, potrafimy ją grać, ciągle „przedostatni raz”, z tym samym zapałem co na początku. Jan Ptaszyn Wróblewski wspomina: „Na próbach godzinami omawiano interpretację (...) np. Alea zajęła nam tydzień czasu prób, a później, w klubie, grana była w ten sposób, że patrzył w fortepian i nie podnosił oka w górę, ale cała koncepcja była dokładnie przygotowana, ze wszystkimi jego ingerencjami (...) Krzysztof (...) nie precyzował, raczej omawiał wykonanie od strony nastroju, klimatu, posługując się ogólnymi, abstrakcyjnymi porównaniami.”
Choć jazz to przede wszystkim improwizacja, u Komedy wszystko jest zaprojektowane. Bardzo ciekawe są partytury przekazujące rytm perkusji, linię basu i akordy. Żaden z muzyków nie czuje się skrępowany nutami, bo swe pomysły muzyczne adresuje do konkretnych wykonawców. Komeda pisze „na muzyków”, nie na instrumenty, np. trąbka – czytaj Tomasz Stańko, perkusja – czytaj Rune Carlsson. Komeda wie jak oni zagrają, stąd bardzo często obok odcinków zapisanych szczegółowo pojawiają się takie określenia: „trumpet solo free”, „blow free”, „solo drums free”. Może sobie na to pozwolić bo zawsze uczestniczy w próbach zespołu czy nagraniach. Wyjątkową postacią w zespole jest również Czesław Bartkowski – Komeda usłyszał go w zespole Namysłowskiego i zaufał mu na tyle, że odważył się z nim zagrać na Jazz Jamboree bez próby.
Partytury Komedy są bardzo staranne, uporządkowane, mogące stanowić wzór do naśladowania. Mottem do zestawienia charakterystycznych dla jego kompozycji cech mogą być słowa samego Komedy: „Nie silę się na nowoczesność za wszelką cenę, a w żadnym wypadku – z cenę zmniejszenia oryginalności mojej muzyki. Staram się po prostu odświeżyć dotychczasową koncepcję muzyki tonalnej, dbam o dramaturgię i różnicowanie nastrojów, nie pozostaję też oczywiście obojętny wobec pewnych nowych środków wyrazu stosowanych przez amerykańską awangardę (...). Nie jestem teoretykiem piszę intuicyjnie, nie mam z góry założonych planów i głęboko przemyślanych zamierzeń formalnych.”
Nasze zestawienie cech kompozytorskiego warsztatu Komedy nie dotyczy muzyki niefilmowej, choć oczywiście niektóre dotyczą niemal całej twórczości. A więc możemy wyszczególnić następujące elementy:
- unisony rytmiczne kilku instrumentów
- częste zmiany metrum w trakcie przebiegu utworu
- metra i podziały trójdzielne
- tematy budowane z krótkich, prostych motywów powtarzanych i/lub progresyjnie przenoszonych
- prosta, śpiewana i niebanalne melodyka
- unisonowa ekspozycja tematów lub łączników przez dwa instrumenty dęte (trąbka – saksofon, dwa saksofony)
- temat eksponowany na tle partii improwizacyjnych
- wykorzystanie elementów technik kompozytorskich charakterystycznych dla tzw. Nowej muzyki, jak plamy brzmieniowe, klastery, przedęcia, szmery itp.
- częste użycie skal i modalizmów
- rozbudowane cody utworów
- znaczące formotwórczo i ekspresyjnie użycie pauzy, wybrzmienia, ciszy, fermaty
- obsesyjne ostinatowe powtarzanie figur basu
- formotwórcza rola trylu, tremolanda i tzw. dźwięków „leżących”
Powyższe cechy świadczą o indywidualności stylu Komedy. Są one charakterystyczne tylko dla jego kompozycji, składają się na przekaz tylko jemu właściwy, pozwalający odróżnić jego kompozycje od utworów innych autorów. Nasze spostrzeżenia potwierdzają słowa Jana Ptaszyna Wróblewskiego: „Kompozycje Komedy pod względem formy są na pewno łatwe do rozpoznania. Nawet gdy były one wykonywane przez innych muzyków, postronni słuchacze, oczywiście z branży, stwierdzają: o, Komeda!”
Krzysztofa Komede nie uważa się za wielkiego pianistę, zarzucając mu braki techniczne. Ale inaczej podchodzi do fortepianu kompozytor, który kształtuje materiał brzmieniowy i jest do niego uwiązany, a inaczej pianista nastawiony na wirtuozowski popis. Komeda układając swoja właściwą dźwiękową mozaikę, układa ją w sposób tylko jemu właściwy. Byle nie za głośno – cmuc! Im lepiej się go zna, tym bardziej człowiek nie może wyjść z podziwu, że to wszystko czego dokonał, dokonał właśnie on. Jego muzyka jest chłodna i nowoczesna, ale bije w niej gorące serce. Jego muzyka opowiada poezję. Poezję ponadczasową. Jazz.
Tym samym Estrada Nagrania zaprasza państwa na film dokumentalny Telewizji Polskiej w reżyseri Krzysztofa Riege pod tytułem „Komeda” (1974)
Ewa Bigus, Ivo Vlassak
Jazz Forum, 117 2/1989 (94), rok wyd. XXIV
KOMENTARZE
20 kwiecień 2009
Warsztat kompozytora: Krzysztof Komeda
4 kwiecień 2009
ESTRADA NAGRANIA: Fonoteka 4
Słuchając ostatnio wydawanych na rodzimym rynku płyt można poczuć nostalgię za epoką krążków 78-obrotowych, kiedy zespół dysponował zaledwie 3 minutami. Gdyby melodie brzmiały ciekawiej, aranżacje nowocześniej, teksty bardziej sensownie, a wykonawcy wykazywali większe umiejętności byłyby to płyty dobre. Niemniej nie można jeszcze mówić o kryzysie muzyki rozrywkowej, lecz o kryzysie form jej prezentacji. Od kilku lat nieprzewidywalnie rośnie również zainteresowanie archiwalnymi, historycznymi nagraniami. Pojawiają się całe serie, cykle reedycji nagrań ze starych płyt i rolek pianolowych. Dorobek Polskich Nagrań w tej dziedzinie jak na razie nie przedstawia się imponująco. Estrada postanowiła skupić się na przyszłości, a konkretnie - na teraźniejszości. W przypadku płyty, kiedy kontakt z wykonawcami bądź na żywo, bądź za pośrednictwem telewizji, nie wchodzi w rachubę, trzeba skoncentrować się wyłącznie na muzyce. Tak więc powstał kolejny longplay, który niewątpliwie wyróżnia się oryginalnością wśród ostatnio wydanych kompilacji. Słuchając tej płyty ma się okazję bliskiego kontaktu z prawdziwą sztuką, osadzoną głęboko w klasyce muzyki rozrywkowej, a zarazem zdecydowanie wyprzedzającą współczesność. Każda nuta jest niezbędna. Każde słowo to kolejny krok w poszukiwaniu ludzkich uczuć. Jeden dźwięk zawiera wszystkie, a wszystkie jeden. Utwory charakteryzują się znakomitym wykorzystaniem nowoczesnych technik nagraniowych, co szczególnie podkreśla znakomita jakość dźwięku o właściwych proporcjach dynamicznych i pełnym paśmie częstotliwości. Ivo Vlassak po raz kolejny udowadnia, że do wszystkiego można podchodzić z poczuciem jazzu, zaś używanie groteski i humoru jest oznaką wyższej kultury muzycznej. Zresztą jak często reżyser nagrania mówi nam „Dzień dobry” i „Do widzenia” na swojej płycie? I do tego jeszcze ten 16-śladowy magnetofon. Dziękujemy. Po entuzjastycznej recenzji tego longplaya, ponowne jego omawianie może wydawać się niejako wtórne, wszelako sądzimy, że można zweryfikować nasze stwierdzenia w świetle jeszcze jednej opinii: czy to aby na pewno jest fonoteka 4? Niech zadecydują słuchacze. My skupimy się na części piątej.
PREZENTUJEMY:
1 Nie wszystko polega na powtórzeniu / 2 Jacek Lech & Piotr Figiel Ensemble - Miłość niekochana / 3 Zacznijmy od początku / 4 Skaldowie - Przechodząc obok siebie / 5 Andrzej Dąbrowski - To sprawił rytm 6 / Bump / 7 Urszula Sipińska - Fortepian w rzece / 8 A w międzyczasie na zapleczu / 9 Polanie - I'm Crying / 10 Alibabki - Zagrajmy w kości jeszcze raz / 11 Piotr Figiel Ensemble - Sie masz Belus / 12 Cukrowi / 13 Michał Urbaniak & Urszula Dudziak - A Day In The Park / 14 Krystyna Giżowska - Moje złote lata / 15 500 zagadek z polskiej muzyki rozrywkowej / 16 Partita - Tamburin / 17 Novi Singers & Piotr Figiel Ensemble - Preludium E-moll Op.28 Nr 4 / 18 Wanda Warska - Już kocham cię tyle lat / 19 Jan Ptaszyn Wróblewski - Strzeż się szczeżui / 20 Irena Santor - Gdy nadejdzie taki czas / 21 Wszystko jest niezwykłe / 22 Listy naszych słuchaczek, czyli rozrywkowa erupcja dydaktyki
DOWNLOAD
© 2009 Estrada Nagrania. Compiled and produced by 77 Cuts
KOMENTARZE
27 marzec 2009
Człowiek z branży
O zakulisowym życiu estradowym, więc o pozornych tajemnicach zawodu potocznie zwanego „branżą”, a tym samym o nierzadko problematycznych rozkoszach egzystencji ulubieńców publiczności, pisuje się u nas zwykle albo językiem maglarskim, albo w tonie prokuratorskim. Anegdoty pikantne, wymyślne ploteczki i sensacje o posmaku aferalnym – oto czym karmi się czytelników.
Nic to, że publiczną tajemnicą jest, iż dwuznaczny status wykonawców piosenek w sposób jednoznaczny wpływa na wciąż zaniżany poziom naszego życia muzyczno-rozrywkowego. Nikogo to nie wzrusza. Każda natomiast próba rzeczowej wypowiedzi na ten temat, zostaje natychmiast zbagatelizowana i wybita na aut, bądź zinterpretowana przewrotnie i z makiaweliczną maestrią potraktowana jako jeszcze jeden hucpiarski lament o „szmal”. A gawiedź to lubi.
Albowiem być na rynku, liczyć się, więc występować w telewizji, nagrywać dla radia i wytwórni płytowych, oznacza – posiadać dochody z innych źródeł na tyle wysokie, by pozwoliły rozkoszować się luksusem sporadycznej współpracy z wymienionymi instytucjami. W przeciwieństwie bowiem do wielu innych krajów, wykonawcy piosenek nie partycypują u nas w tantiemach autorskich i tylko za samo nagranie piosenki otrzymują jednorazowe honorarium. I nie aż tak poważne, niestety, bo można za nie na dłużej spasować, wykorzystując planowany „przestój” na doskonalenie umiejętności, realizację ambitnych planów i opracowywanie nowego repertuaru.
Gdzie indziej te szanse daje piosenkarzom długofalowa, kontraktowa współpraca z różnego rodzaju scenami rozrywkowymi, a także – czy przede wszystkim – impresaryjna opieka firm fonograficznych. U nas można tylko o tym pomarzyć. Jedynym panaceum na wszelkie dolegliwości egzystencji estradowej są koncerty w terenie organizowane przez przedsiębiorstwa estradowe. Każda estrada, z natury rzeczy, chce zarobić jak najwięcej, ale też i lojalnie zapewnia „markowemu” wokaliście maksimum występów w miesiącu, co wiąże się skądinąd nie tyle z jego apetytem na przysłowiowy „szmal”, ale i z żądaniami muzyków, którzy mu akompaniują. Szanujący się artysta piosenkarz musi mieć własny zespól instrumentalny złożony z wybornych muzyków, tych znowu nie jest tak dużo, są rozchwytywani, chcąc ich utrzymać trzeba im zagwarantować górny pułap zarobków, a to – rozpatrując rzecz w czasie i przestrzeni – kończy się zwykle żmudnym, nieraz wielotygodniowym objazdem, koncertami w pośpiechu i niby-życiem hotelowym, które nie sprzyja raczej samodoskonaleniu. Nie tak prosto w tym stanie rzeczy zacisnąć zęby i skoczyć jeszcze wyżej. Wyżej czego? Skoro nad głową już sufit.
I tak jakoś dzielnie się trzyma czołówka naszych wykonawców piosenki, jeszcze im widać starcza ambicji i dyscypliny wewnętrznej na tyle, by cudem tuszować niedyspozycje wokalne, zmęczenie i zniechęcenie. Bo ileż można żyć w błędnym kole i na luksusowe życie artysty radia i telewizji, znanego publiczności z płyt i festiwali, zarabiać nieustannymi jazdami w trasy, które w gruncie rzeczy wiodą do nikąd? W dodatku niepewny status wykonawcy piosenek nie zabezpiecza mu właściwej pozycji profesjonalnej w całokształcie struktury artystyczno-organizacyjnej – w naszym systemie zabrakło miejsca dla piosenkarzy.
Być może dlatego, że nie czują się de facto związani z żadnym środowiskiem artystycznym, mówią o sobie po prostu – ludzie z branży. Nie raz mamy do nich pretensje, często nie bez powodu konstatując niepokojący stan naszej sztuki piosenkarskiej, ale ze względu na specyfikę sytuacji zawodowej tych ludzi wypada czasem posłuchać także i drugiej strony. Wysłuchaliśmy. I co dalej?
Lech Terpiłowski, Tola Norska
Jazz, Nr 10 /242/ Październik 1976, Rok XXI
KOMENTARZE
15 luty 2009
Żeby każda mutra znalazła swoją śrubę
Najbardziej interesującym cyklem telewizyjnym ostatnich miesięcy jest program pt. „Mutry i muterki”. Zbiera też największą ilość zasłużonych pochwał. Dzisiaj nasza redakcja rozmawiała z jego telewizyjnym szefem, autorem tak udanego eksperymentu.
- Zaczęło się przypadkowo ...
- Mówiąc na rybkę, tak. Podczas jednego z reporterskich wypadów na „Spotkania w drodze” znaleźliśmy na polu Michała C. olbrzymiej wielkości mutrę. Mutra ta sprawiała wrażenie porzuconej. Nikt jednak nie wiedział skąd się tu wzięła i gdzie się znajduje śruba do niej.
- I zwróciliście się do społeczeństwa?
- Mówiąc na rybkę, tak. Na nasz apel odpowiedziało listami tysiące telewidzów, którzy nie ograniczyli się tylko do pisania, ale dołączali do listów śruby różnej wielkości, różnego wolumenu. W ten sposób wpłynęło do naszej redakcji 7808 śrub różnego przekroju i gwintowania.
- Było z czym zaczynać?
- Mówiąc na rybkę, tak. Materiał był rzeczywiście zróżnicowany i trudny. Długo zastanawialiśmy się nad sposobem ugryzienia tej olbrzymiej masy problemowej.
- Chodziło o to, aby niczego nie zgubić?
- Mówiąc na rybkę, tak. Zazwyczaj w pracy telewizyjnej wystarcza koncentracja na tak zwanym „jajcu”; w wypadku mutry wyjść od „jajca” nie wystarczało; stanęliśmy wobec tak istotnych spraw, że musieliśmy wprowadzić nowe pojęcie, które nadawałoby się do korespondencji.
- I tym pojęciem jest słynna masa problemowa?
- Mówiąc na rybkę, tak. Każda śruba przysłana do redakcji stanowiła sygnał ludzkiego dramatu.
- Czy spodziewaliście się takiego odzewu?
- Mówiąc na rybkę, nie. Chociaż można było przypuszczać, że ludzie czekają na stworzenie takiej wspólnej platformy, na jakiej mogliby wystąpić, każdy ze swoją śrubą.
- I wtedy narodził się pomysł cyklu?
- Mówiąc na rybkę, tak. Postanowiliśmy kojarzyć w pary odpowiednie mutry z odpowiednimi śrubami. Jest to główny pomysł naszego programu. Tak widzimy naszą dalszą działalność i podstawy naszego antenowego istnienia. Jakże często byliśmy świadkami spotkania ludzi, którzy latami szukali śruby do swojej mutry. Takie spotkania najbardziej wbijają się w pamięć. Zwykła ludzka chęć uporządkowania spraw wokół siebie. Dlatego za pośrednictwem waszego wydawnictwa zwracam się jeszcze raz z gorącym apelem do czytających te słowa: „Przeszukajcie wasze mieszkania, wasze obejścia, niech żadna mutra nie będzie bez śruby, niech żadna śruba nie będzie bez mutry”.
- To piękny apel. My również dołączamy się do niego. Myślę, że redakcja również ze swojej strony zadeklaruje kilka muter.
- Kochani, mówiąc na rybkę, o to właśnie chciałem zaapelować. Bo może na drugim końcu Polski, ktoś czeka na wasze mutry. Ma bezrobotne śruby i nie wie, co z nimi robić. Nie możemy sobie pozwolić, aby jakakolwiek mutra pozostała bez śruby. Apeluję też do dzieci: teraz w okresie wykopów traktory częściej gubią śruby; kochane, wychodźcie całymi klasami na szosy i zbierajcie mutry, a my ze swej strony uczynimy wszystko, aby znaleźć ludzi z pasującymi śrubami. Apel do gospodyń domowych: kochane, zdarza się czasami, że znajdujecie śrubę w chlebie; nie zwracajcie jej do piekarni, bo tam już jest niepotrzebna; przyślijcie ją do nas, może gdzieś ktoś potrzebuje takiej śruby do snopowiązałki. Apel do intelektualistów, między jednym akapitem a drugim zróbcie coś pożytecznego i schylcie się, aby podnieść śruby, które zalegają wasze Domy Pracy Twórczej – nic was to nie będzie kosztować, opłata pocztowa za paczkę ze śrubą jest zryczałtowana. Piszcie do nas, na nasz adres, z dopiskiem na paczce: Program „Mutry i muterki”.
- Na ekranach co środa oglądamy zawsze udane spotkania. Żyjemy przez cały tydzień ze świadomością, że w środę zobaczymy kilku szczęśliwców, którym udało się znaleźć śrubę do swojej mutry. Ale my chcieliśmy zapytać o coś innego: czy zawsze się udaje? Czy zawsze znajdujecie?
- No cóż, mówiąc na rybkę, w dziewięćdziesięciu ośmiu przypadkach na sto. Zdarzają się mutry nietypowe, o gabarytach rzadko spotykanych, wyrafinowanych gwintach i wtedy czasami się nie udaje. Ale te trudne przypadki są najbardziej rajcujące dla naszych reporterów. Tak jest na przykład w wypadku mutry z czasów Kazimierza Odnowiciela, do której nie możemy znaleźć odpowiedniej śruby, a młotkiem sobie pomagać nie chcemy; tak jest na przykład w wypadku śruby odnalezionej w ciele Andrzeja W., do której nie możemy znaleźć mutry, chociaż Andrzej W. przysłał nam dokładne zdjęcie rentgenowskie. Cóż, życie czasami jest bogatsze niż chcielibyśmy. Ale nie możemy takich wypadków ignorować. Przedstawiamy je obiektywnie. Zresztą tym ostatnim przypadkiem zainteresował się jeden z członków Zespołu Filmowego EN FACE.
- Jeszcze jedno pytanie. Czy zamierzacie zostać przy mutrach i śrubach, czy też zamierzacie rozszerzyć program o nowe jakości?
- W najbliższej przyszłości zamierzamy zainteresować się gwoździem.
Filip Bajon, Ivo Vlassak
Szpilki, Nr 1 /1794/ 4.I.1976, Rok XLII
KOMENTARZE
7 luty 2009
Czekając na trzy miliony
Skończyły się już bezowocne dyskusje: gramofon czy magnetofon. Dziś odpowiedź brzmi: to i to. Na światowym rynku fonograficznym kaseta magnetofonowa doskonale uzupełnia płytę gramofonową. Co prawda ustępuje jej nieco jakością zapisu, ale za to przewyższa ją uniwersalnością i potencjalnym czasem eksploatacji.
Stereofoniczne nagrania kasetowe pojawiły się w sprzedaży w naszym kraju mniej więcej w 1973 roku. Do niedawna głównym ich producentem były Polskie Nagrania. W ograniczonym stopniu działa również na tym polu gorzowski „Stilon” korzystający z archiwów wspomnianej instytucji i Polskiego Radia. Każdego roku tylko niewielka część z tłoczonych przez Polskie Nagrania pozycji jest kopiowana na taśmę. I to najczęściej z wielomiesięcznym opóźnieniem. Dobór odbywa się według raczej niejasnych kryteriów. Mają swoje kasetowe sobowtóry płyty kapel podwórkowych i nawet słaby longplay grupy Partita. Natomiast nie wyprodukowano ani jednej kasety z nagraniami Zbigniewa Namysłowskiego, a z bogatej dyskografii Niemena przeniesiono na taśmę tylko dwie płyty.
Dobrze więc stało się, że w końcu 1976 roku wkroczył na rynek nowy producent nagrań kasetowych. Zakład Usług Wideo-fonicznych „Wifon” podlegający Komitetowi d/s Radia i TV już wcześniej zajmował się nagrywaniem kaset magnetofonowych typu compact. Były to jednak działania marginalne, biorąc pod uwagę całą sferę działalności przedsiębiorstwa, dokonywane w warunkach wprost chałupniczych. Produkcja na skale masową rozpoczęła się w listopadzie 1976 roku z chwilą uruchomienia zakładu w Kielcach, w pomieszczeniach dawnej rozgłośni radiowej. Jest on wyposażony w amerykańską aparaturę nagrywającą firmy Elektro Sound. Sond taśmy-matki zapis przenoszony jest na przesuwającą się taśmę, która następnie, po pocięciu na odcinki o odpowiedniej długości, jest umieszczana we wnętrzu kasety. W zeszłym roku produkcja kieleckiego zakładu wynosiła ok. 350 tyś. sztuk. Od grudnia pracuje się tutaj na dwie zmiany. W bieżącym roku produkcja ma się podwoić. I zaraz trzeba dodać: jeśli nie nastąpią zakłócenia w zaopatrzeniu. Bowiem, jak na razie, kasety „Wifonu” są w całości importowane – zarówno pudełka jak i taśma.
Dystrybucją zajmuje się Składnica Księgarska. Produkty „Wifonu” są dostępne w sklepach „Domu Książki”. Od niedawna także w punktach sprzedaży podlegających Centrali Handlu Przemysłu Muzycznego. Na razie sprzedaż kaset idzie doskonale. „Sytuacja jest dla nas wygodna. Co wyprodukujemy, natychmiast się rozchodzi” – mówi Eugeniusz Matejko, zastępca dyrektora zakładu. Dodaje też, że poszczególne pozycje powinny być dostępne w sklepach przynajmniej przez kilka miesięcy. Ale nie są i chwilowo nie ma na to rady. Ograniczone zaopatrzenie materiałowe, a także niezbyt duża moc wytwórcza nie pozwalają na wyprodukowanie od razu docelowego nakładu jak też ewentualne jego podniesienie. Maksymalny nakład pozycji z dziedziny muzyki rozrywkowej trzeba było określić na 30 tyś. Zamówienia handlu na kasetę z piosenkami Ireny Jarockiej od początku wykraczały poza ten limit i musiano nagrać o kilka tysięcy kaset więcej. To z kolei ograniczyło nakłady innych pozycji w minionym roku. Kaseta „Na pozór” z nagraniami orkiestry pod dyrekcją Wojciecha Trzcińskiego ukazała się w niewielkiej ilości podczas festiwali opolskiego i sopockiego, ale do punktów sprzedaży trafi dopiero w I kwartale br. – na dodatek tylko w ilości 13 tyś. sztuk.
Polskie Radio dopiero od niedawna zwiększyło procent nagrań stereofonicznych, nagrania TV nie zawsze nadają się do celów fonograficznych. „Wifon” często przy ustalaniu repertuaru współpracuje z Polskimi Nagraniami, organizuje też nagrania dla własnych potrzeb.
Czas zajrzeć do katalogu firmy. W chwili obecnej obejmuje on 32 pozycje, z tego 22 można określić jako „muzyczne”. Pozostałe to utrwalone na taśmie programy satyryczne („60 minut na godzinę”, kabaret „Dudek”), twórczość dla dzieci i zestawy do nauki języków obcych. W dziedzinie muzyki rozrywkowej wyróżnia się seria „Złote Przeboje”. Lada dzień ukażą się nowe kasety z tego cyklu: Dwa Plus Jeden i Krystyny Prońko. W przyszłości dojdą nagrania Niemena, Urszuli Sipińskiej i Ewy Bem. Drugi nurt to instrumentalna muzyka rozrywkowa. W najbliższym czasie wyjdzie kolejna kaseta z utworami w wykonaniu świetnej Orkiestry Rozrywkowej PRiTV w Poznaniu. Nagrywała też niedawno dla „Wifonu” orkiestra Jerzego Miliana. Wifon ma również ambicje rejestrowania na swoich kasetach ciekawszych fragmentów festiwali i konkursów muzycznych.
O obliczu „Wifonu” decyduje dobrze pojęta działalność usługowa. Na pewno nie grozi mu przekształcenie w szacowną i mocno skostniałą firmę fonograficzną. Jego atutami jest efektywność i szybkość. W zeszłym roku, jeszcze w czasie trwania festiwali publiczność mogła nabyć kasety z najciekawszymi utworami, które wykonywano podczas tych imprez. Dzisiejsze „wszystkiego po trochu” jest podstawą przyszłego szerokiego i, co ważne, aktualnego asortymentu, któremu ton nadawać będą – tak jak obecnie – wartościowa muzyka popularna, mogąca trafić do szerokiego kręgu odbiorców oraz interesujące nagrania dokumentalne.
Najbliższe lata upłyną pod znakiem inwestycji we własną bazę nagraniową. Równocześnie importowane materiały do produkcji kaset zostaną zastąpione w miarę możliwości krajowymi, odpowiadającymi międzynarodowym standardom. W tym roku produkcja wyniesie 3 miliony nagranych kaset. Tak zapewnia nas dyrektor „Wifonu” – Dariusz Retelski i prowadzi do okna swojego gabinetu. Widać przez nie jak w pobliżu rośnie budynek, budynek którym obok studiów radiowych znajdują się nowe pomieszczenia dla jego zakładu. Niektóre z nich są do wynajęcia.
Wiesław Królikowski, Gwido Fiszelewicz
Jazz, Nr 2 /258/ Luty 1978, Rok XXIII
KOMENTARZE
17 styczeń 2009
Co nam obiecują na nowy rok
Andrzej Ikonowicz – Wicedyr. Departamentu Teatru, Muzyki i Estrady Ministerstwa Kultury i Sztuki:
Ministerstwo kultury i sztuki zainicjowało w ub. r. wiele posunięć, zmierzających do podniesienia poziomu artystycznego polskiej Estrady. Widać już pewnie rezultaty. Np. kilka wojewódzkich „Estrad” (w Gdańsku, Szczecinie) przeszło od działalności typu agencyjnego do tworzenia własnych programów. Rady narodowe, bezpośredni zwierzchnik przedsiębiorstw estradowych, stwarzają im lepsze możliwości organizacyjne i finansowe, właściwiej traktując ich dochodowości, ułatwiając działalność typu upowszechnieniowego, przecież deficytową. Wszystko to doprowadziło do zwiększenia liczby imprez estradowych w tzw. głębokim terenie i zmniejszenie rozjazdów po atrakcyjnych miejscowościach, znacznie bardziej nasyconych programami artystycznymi. Wchodzące obecnie w życie przepisy umożliwiają wykonywanie na terenie całego kraju tylko programów najbardziej wartościowych. Udało się też chyba dokonać poważnego kroku w zakresie szkolenia przyszłych artystów estradowych. Obok wydziałów piosenki estradowej w wyższych szkołach muzycznych Katowic, Wybrzeża i kilku szkołach średnich, „Estrady” Łodzi, Szczecina, Poznania, Lublina zajęły się takim szkoleniem, a stołeczna Estrada tworzy pierwszy w kraju teatr Estrady połączony ze studium sztuki estradowej. Mamy nadzieję, że nowe osiągnięcia „Estrad”, działających od roku w lepszych warunkach, ujawnią się na ogólnopolskim przeglądzie zespołów estradowych, który po długiej przerwie udało nam się wznowić w tym roku. Powinno na tym przeglądzie znaleźć się miejsce dla jakiegoś zespołu jazzowego, wokalnego czy instrumentalnego. W tym roku estrada polska postara się godnie zaprezentować za granicą. Jak już powiedział min. Stanisław Wroński, ostrzej będzie się selekcjonować zespoły wyjeżdżające w świat. Najlepsi artyści towarzyszyć będą wielu zagranicznym wystawą i przedsięwzięciom gospodarczym. Krótko mówiąc, ambicją naszego resortu jest dokonanie poważnego kroku w zakresie rozrywki.
Renata Rumel – Kierownik Red. Muzycznej Programu III PR:
Zwiększamy ilość audycji muzyki jazzowej i z pogranicza jazzu i rocka. Nadawać będziemy dotychczasowe cykle jazzowe: „Trzy kwadranse jazzu” w opracowaniu J.Borkowskiego, T.Romera, Ptaszyna Wróblewskiego i Andrzeja Dąbrowskiego (poniedziałki, środy, piątki, godz. 22.15) oraz magazyn „Laboratorium” – Andrzeja Kormana (czwartki, godz. 23.05). Ponadto wejdą na antenę audycje cykliczne, nie mające stałego odcinka w programie, jak np. „Jazz i kolekcjonerzy”, „Z jazzowego archiwum”, „W kręgu jazzu”. Poza tym w godzinach wieczornych – liczne audycje jazzowe na wybrane tematy.
Przegląd nowości muzyki rozrywkowej nadajemy: w niedzielnej audycji „Przeboje z nowych płyt” (godz. 13.15), w audycji „Premiery Polskich Nagrań” i w czwartkowym magazynie „Interstudio” (godz. 21.00). Nadal utrzymywać będziemy kontakt z fonoamatorami poprzez dwie audycje codzienne: „Mój magnetofon” (premiera o godz. 17.15, powtórzenie nazajutrz o godz. 8.05) oraz poprzez „Muzyczną pocztę UKF” (godz. 19.30), do której propozycje zgłaszają telefonicznie radiosłuchacze, mając do wyboru wszystkie utwory dnia poprzedniego nadane na naszej antenie.
OD REDAKCJI:
My obiecujemy państwu kolejne numery fonotek, całkiem nową serię unikatowych nagrań studyjnych oraz dziesiątki znakomitych artykułów.
KOMENTARZE
10 grudzień 2008
Jest dobrze, bywało gorzej
Po raz kolejny z rzędu przychodzi refleksja: co pisać? O ile w roku ubiegłym, pamiętam, zastanawiałem się nad tym jak pisać, dziś wątpliwości się pogłębiają. Wystarczy się zastanowić: wszak publiczność i tak ma swoje poglądy i na opinie w publikowane w prasie spogląda z dużą nieufnością; muzycy, choć wewnętrznie odczuwają skótki krytyki, nigdy się do tego nie przyznają, a najostrzejsza nawet reprymenda nie poprawi artysty dopóki ten sam nie zda sobie sprawy z wartości tworzonej przez siebie sztuki. Toteż piszemy wyłącznie dla tych, którzy zechcą to przeczytać. A także z wewnętrznej potrzeby, bo sztuka inspiruje wrażenia, którymi każdy, choćby przeciętnie wrażliwy odbiorca pragnie się podzielić. Piszemy więc o tym, co wywarło na nas wrażenie największe, takie, jakie długo zostaje w pamięci. Mieliśmy ich niemało, choć zawsze chciałoby się więcej. Tyle słowami krytyki … i wstępu. A o profesjonalnej krytyce będzie mowa.
„Życie muzyczne zdaje się rozległą zieloną łąką, na których pasą się osły” – to stwierdzenie Jerzego Waldorffa (Zbuntowane uszy) przypomina mi się, kiedy czytam recenzje płyt i koncertów w naszej prasie codziennej i miesięcznikach. Początkowo w roli recenzentów występowali panowie piszący na co dzień o wszystkim – tzw. omnibusy dziennikarskie. Długość włosów, szerokość spodni, z chrypką czy bez, głośno czy cicho – to ich recenzenckie kryteria. Na koncertach spełniali oni rolę ciotek-przyzwoitek. Ale dajmy im spokój, gdyż i tak zostali oni już wyparci przez nową kategorię – tzw. rubrykowiczów. Większość redakcji wychodząc naprzeciw tzw. zapotrzebowaniu społecznemu, wprowadziło na swe łamy rubryki poświęcone muzyce beatowej. Powierzone je młodym pasjonatom, osłuchanym z tą muzyką i potrafiącym często odróżnić ziarno od plew. Na tym kończą się jednak ich kompetencje. Nie potrafią przeprowadzić normalnej analizy recenzenckiej, a swoje opinie uzasadniają w sposób czysto przekomiczny, nadużywając terminów muzycznych, których sami nie rozumieją i co dla nich ważne nie rozumieją także redaktorzy, decydujący o zamieszczeniu tych pseudorecenzji. Jest jeszcze jeden rodzaj recenzentów. To felietoniści w tygodnikach kulturalno-społecznych. Ci panowie poświęcą wszystko dla dowcipu. Dlatego traktujmy ich jak parodystów – z uśmiechem i przymrużeniem oka.
Nie znajdując fachowej i obiektywnej oceny u krytyki, odwołujemy się więc do instancji ostatniej – publiczności. A tutaj sytuacja jest także niewesoła i uwarunkowana w pewien sposób brakiem fachowej krytyki, która wskazałaby odbiorcy wartościowe utwory i przez rozłożone w czasie oddziaływania kształtowała jego upodobania. Tak nie jest i te sytuację wykorzystują wykonawcy spod znaku różnych trubadurów: zachłystują się tanio zdobytą popularnością: „Mamy komplety na naszych koncertach, nasze płyty idą jak woda, każda piosenka trafia na listy przebojów – wszystko więc w porządku!” Tak – wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wciąż jeszcze niski poziom umuzykalnienia naszego społeczeństwa.
Podstawowym wskaźnikiem popularności na całym niemal świecie stały się listy przebojów. Polskie listy jak wiadomo, powstają nie w wyniku podsumowania ilości sprzedanych płyt, lecz kartek nadesłanych pod adresem organizatora listy. Jeszcze kilka lat temu wystarczyło na antenie skierować apel o nadsyłanie „własnych typów” i było się w kilka dni zarzuconym kartkami. Ale z czasem wzrastała liczba audycji. Każdy autor chciał mieć dowód popularności prowadzonych przez siebie programów, a więc ogłaszał plebiscyty, listy przebojów, quizy. Skutek taki, że liczba wysyłanych listów bynajmniej nie zmalała, ale uległa rozłożeniu na poszczególne programy. Dzisiaj żeby zająć pierwsze miejsce na liście przebojów piosenka nie musi już otrzymać kilkunastu tysięcy głosów. Często wystarczy około tysiąca kartek, aby nagranie uplasować w pierwszej dziesiątce. Policzmy: koszt kartki – 40gr. razy 1000 = 400zł. Tanio! Prawda?... Ale co będzie jeśli znajdzie się jakiś młody kawalarz, poświęci 400zł i w zmowie ze szkolnymi kolegami wylansuje „Ja po tobie nie płaczę” wykonaniu czołowego przedstawiciela polskiego „undergrandu”. A może już ktoś to uczynił, tylko zawstydzeni autorzy listy przebojów pominęli te głosy?... Estrada Nagrania zawsze staje po stronie artystów, więc oddajemy głos panu Burano.
Andrzej Kosmala, Ivo Vlassak
Jazz, Nr 9 /193/ Wrzesień 1972, Rok XVII
KOMENTARZE
6 listopad 2008
Tyrania dźwięku
Niektórzy słuchają muzyki w lesie, na plaży, usiłują nią zagłuszyć szum górskiego potoku. W poradniach psycholodzy już rutynowo pytają: czy potrafisz uczyć się w ciszy? Wiadomo, że odrabianie lekcji przy muzyce jest już częścią składową procesu nauczania. Są szkoły, do których chodzi się z miniradiem na słuchawki. Kawiarnie, nastawione na młodzieżową publiczność, ogłuszają szafami grającymi, a siła dźwięku dyskotek przypomina start odrzutowca.
„To jest dżuma” piszą ci, którzy tęsknią do chwili ciszy i nigdzie jej nie znajdują. Imperium dźwięków osaczyło nas, a my nie umiemy się przed nim bronić. Uszu nie można po prostu zamknąć, tak jak zamyka się oczy. Zmysł słuchu – jak mówią lekarze – jest najważniejszym zmysłem ostrzegawczym człowiek i zawsze otwarte uszy odbierają sygnały akustyczne nawet przez sen. Muzyka na każdą okoliczność istniała zawsze. Rzecz w tym – mówią muzykolodzy – czy każdy może słuchać muzyki, czy też jej słuchać musi. Ponieważ musi – w pociągu, kawiarni, hali sportowej, zza ściany od sąsiada – przeżywa torturę natręctwa dźwięków. Choć nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę.
Narkotyk naszych czasów – stwierdzają przerażeni psycholodzy. Nie umiemy już żyć bez ciurkającej muzyczki, która oszałamia nas, wprawa w stan nienaturalnego pobudzenia albo uśpienia. Ale także zabija myśli, które mogą się zrodzić tylko w chwili ciszy i spokoju, pozbawia kontaktu z samym sobą i światem.
Muzyka może być doskonałą pomocą przy rozwiązywaniu trudnych problemów, należy tylko wiedzieć jak używać muzycznego lekarstwa. Krótki, kilkuminutowy utwór o żywym charakterze może doskonale orzeźwić nas i naładować nową energią. Muzykoterapia stosuje seanse, które nie trwają dłużej niż 30 – 40 minut.
Niezwykła moc muzyki jest pułapką, w którą łatwo się wpada, a z trudem wychodzi. Kilka dźwięków może zmienić nasz nastrój. Nie ma tej siły działania ani literatura, ani malarstwo, ani film. Rytm zwykłych utworów muzycznych odpowiada zwykłemu rytmowi serca – od 60 do 80 uderzeń na minutę. Jeśli muzyka jest żywsza, mięsień sercowy także przyśpiesza rytm uderzeń. To może dawać miłe uczucie podniecenia, pobudzenia. Nieprzyjemne staje się jednak wówczas, gdy rytm jest sprzeczny z rytmem serca. Występuje wówczas wyraźnie dostrzegalny, osłabiający wpływ tego rytmu na mięsień sercowy i naczynia krwionośne, wskutek czego możemy czuć się bardzo znużeni i osłabieni.
Uważa się, że muzyka jest chyba najbardziej intensywną formą wyrażania uczuć, jaką człowiek stworzył w kulturze. Może wpływać nie tylko na nasz nastrój, ale i na zachowanie. Wiedzieli o tym już szamani zaginionych kultur, którzy odurzali muzyką swoich wyznawców. Lekarze psycholodzy, którzy zajmują się wpływem muzyki na organizm ludzki, mówią nawet o możliwości wywołania ataku padaczki i nazywają ją muzykogenną. Na co dzień muzyka może doprowadzić do płaczu, bezsenności, histerii, euforii, melancholii, rozpaczy, ukojenia, zapomnienia. Mówi się nawet, że muzyka wydobywa z człowieka utajnione konflikty i patologiczne przeżycia. Ale także działa oczyszczająco. To zależy od rodzaju muzyki i od nas samych. Nikt dokładnie nie zna jeszcze „chemii dźwięków”, ale wiadomo na pewno, że muzyka niezwykle rytmiczna i dynamiczna nie koi i nie łagodzi obyczajów. Jej natężenie dźwięków wywołuje w dodatku wibracje, których działanie na organizm jest bez wątpienia szkodliwe. Na świecie jest coraz głośniej. Ekolodzy określają to zjawisko jako muzyczne zaśmiecanie środowiska i biją na alarm, żądając stref ciszy. Większość ludzi nie potrafi już żyć bez powodzi dźwięków. A hałas powoduje bóle głowy, szum w uszach, osłabienie słuchu, utratę słuchu, stan niepokoju, poważne zakłócenia procesów trawienia, pracy mózgu, nerwów, serca. Hałasy uliczne są przyczyną 80 proc. przypadków migreny, 52 proc. zakłóceń pamięci i co najmniej połowy zaburzeń charakterologicznych.
Lęk przed ciszą – to jedyne wytłumaczenie naszego barbarzyńskiego stosunku do muzyki. Dźwięk to sztuczny sposób na odgrodzenie się od świata zewnętrznego i własnego, wewnętrznego. Głośna muzyka może na chwile zabić niepokój, pomóc w ucieczce od dręczących myśli i trudnych problemów. Ale ich nie rozwiąże. Ogłuszająca muzyka nie uwolni nas od lęku, ale ukradnie spokój i ciszę.
Wielu psychologów zajmujących się nerwicami twierdzi, że terapię zaczyna często od „zadawania” godziny ciszy. Ma to być godzina wytchnienia i wyostrzenia koncentracji, uspokojenia umysłu. Te godziny ciszy, to dla wielu bardzo trudna próba – przyznaje pewien młody psycholog. Cisza może być czymś niezwykle trudnym do zniesienia, w pierwszej chwili wywołuje wrażenie nudy i monotonii. Dopiero po jakimś czasie odkrywa się jej zbawienny dla naszej psychiki i fizyczności wpływ.
Jakkolwiek by to było trudne spróbujcie. Tej zimy Estrada Nagrania również staje się do walki z globalnym hałasem. Czwarta część naszej serii wydawniczej wypełniona będzie ciepłymi, spokojnymi dźwiękami, które może i nie zastąpią terapeutycznej ciszy, ale na pewno ukoją nerwy naszych słuchaczy.
Joanna Młynarczyk, Zizi Trepszo
Artykuł powstał przy współpracy z redakcją Filipinki.
KOMENTARZE
2 listopad 2008
ORKIESTRA ROZRYWKOWA PRiTV: 4 [2008]
Kilka tygodni temu do sklepów trafiła czwarta część nagrań Orkiestry Rozrywkowej Polskiego Radia i Telewizji. Niestety krajowe zakłady chemiczne oraz zakłady poligraficzne zamieściły na albumie zły materiał dźwiękowy oraz wydrukowały błędna okładkę. Do tego opis utworów zamieszczonych na obwolucie nie zgadza się z zawartością płyty. Można by rzec, iż tego rodzaju niedopatrzenie to celowe działania państwowych urzędów związanych z kulturalno-oświatowym związkiem koneserów muzyki rozrywkowej. Ale tak nie jest. Estrada nagrania wysłała złe materiały. Przepraszamy. W międzyczasie feralne nagrania zyskały już sobie dużą popularność i wielokrotnie gościły na antenie Polskiego Radia. Kilka dni temu rozmawialiśmy z dyr. Adamem Sławińskim z Naczelnej Redakcji Programów Muzycznych PR. Oto co usłyszeliśmy: „Mamy w tej chwili możliwość wpływania na repertuar rozgłośni regionalnych, co pozwala dotrzeć z państwa muzyką do znacznie szerszej publiczności. Innowacją jest również zmiana profilu programów popołudniowych; polega to na tym, że np. słuchacz otwierający radio we środę usłyszy muzyką rozrywkową, a na przykład w poniedziałek – może posłuchać muzyki filmowej, we wtorek – „Rytmostop”. W każdym z tych programów puszczamy utwory Orkiestry Rozrywkowej PRiTV.” Pozostaje nam jedynie życzyć dobrego odbioru.
PREZENTUJEMY:
E1 Pondering / E2 Danger / E3 Better Luck Next Time / F1 Now Or Never / F2 Enjoy Yourself / F3 There Will Be Another Day
DOWNLOAD
© 2008 Estrada Nagrania. Compiled and produced by 77 Cuts
KOMENTARZE
28 wrzesień 2008
Artyści Estrady: Andrzej Dąbrowski
Andrzej Dąbrowski (ur. 13 kwietnia 1938 w Wilnie) - muzyk, piosenkarz, wokalista jazzowy, perkusista, kompozytor; dziennikarz, fotografik, autor tekstów piosenek, a także kierowca rajdowy (wicemistrz Polski w rajdach samochodowych w 1957 roku. Jest absolwentem krakowskiego Liceum Muzycznego oraz Wydziału Instrumentalnego Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie (w klasie perkusji Józefa Stojki).
A przecież od perkusji zaczęła się pana przygoda z muzyką ...
Początek był nietypowy: nie zdałem egzaminów wstępnych do ogólniaka (oblałem matematykę). W tym samym roku w Krakowie, moim rodzinnym mieście, otwierało się liceum muzyczne. Brakowało chętnych. Bez trudu zdałem tam egzamin - na fortepian. Jednak podczas przesłuchania profesor Józef Stojko, mój późniejszy nauczyciel, zasugerował moim rodzicom, że syn ma doskonałe poczucie rytmu i powinien grać na perkusji. Tak się też stało. Rok uczyłem się również grać na trąbce. Moimi kolegami ze szkolnej ławki byli Wojtek Karolak, Zbyszek Namysłowski, Jan Byrczek, Andrzej Piela. Stworzyliśmy zespół dixielandowy. Zaczynaliśmy od występów na szkolnych zabawach. Pewnego dnia moją grę na perkusji usłyszał Andrzej Kurylewicz i zaproponował pracę w trio z Wandą Warską. Pracowaliśmy razem dwa lub trzy lata. Potem grałem z Janem Ptaszynem Wróblewskim i tak się powoli rozkręciło.
Moje muzyczne zainteresowania wywodzą się z jazzu. Przez wiele lat, zanim zostałem piosenkarzem, grałem jazz na perkusji. Współpracowałem z najlepszymi polskimi zespołami. Kiedy zacząłem karierę piosenkarską, na jakiś czas zupełnie zarzuciłem granie na perkusji. Zaczęły się trasy koncertowe, występy w Sopocie, wyjazdy zagraniczne. Śpiewałem piosenki, i przestałem mieć czas dla perkusji. Jako wokalista jazzowy wyjechałem z Michałem Urbaniakiem i Urszulą Dudziak i Wojtkiem Karolakiem na kontrakt do Skandynawii na dwa lata. Graliśmy tam w różnych hotelach. Wtedy też nagrałem pierwszą płytę długogrającą oraz singla dla wytwórni Atlas. Po powrocie do Polski śpiewałem dwukrotnie na Jazz Jamboree, a także na festiwalu w Pradze i w klubach. Nagrałem sporo jazzowych standardów dla Polskiego Radia, a także dla radia w Hamburgu.
Współpracowałem z bardzo wieloma zespołami. Prawie każdy utwór na płycie wykonuję z towarzyszeniem innych muzyków; od dużej orkiestry Polskiego Radia, przez zespół Ptaszyna Wróblewskiego, do orkiestry Jerzego Miliana, z którą sporo nagrywałem w Katowicach. Współpracowałem też z zespołem Partita, czego dowodem są piosenki "Sposób na czekanie" i "Do zakochania jeden krok". W żartach mawiam, że swoje kompozycje napisałem w odpływie lenistwa (bo jestem z natury leniwy). A tak na poważnie, to ze swoich utworów najbardziej lubię "Bywaj nam Mary Ann" oraz "Jeszcze do wczoraj", duet z Renatą Danel, obydwa z tekstem Andrzeja Bianusza. Taki już los wokalistów, że chociaż mają w dorobku często wiele ciekawych piosenek, w radiu odtwarzane są głównie te największe hity. W moim przypadku, jeżeli ktoś "puszcza Dąbrowskiego", to jest to przeważnie "Do zakochania jeden krok", za którą na KFPP w Opolu w 1972 dostałem I nagrodę. Tak, ta piosenka to rzeczywiście chyba moja wizytówka. Brałem też udział w telewizyjnych programach rozrywkowych. Występowałem z Urszulą Sipińską, z Anną German, Zdzisławą Sośnicką, Marylą Rodowicz, Krystyną Prońko, Haliną Kunicką. Ale niewiele z tych duetów zostało utrwalonych fonograficznie.
Wielkie wrażenie zrobiły na mnie Stany Zjednoczone, w których po raz pierwszy znalazłem się będąc w piosenkarskiej trasie z Urszulą Sipińską. Występowaliśmy dla Polonii, było to chyba w 1973 roku. Ale mój pierwszy mój kontakt z Zachodem miał miejsce dużo wcześniej, w 1959 roku. Miało to miejsce na Festiwalu Młodzieży i Studentów w Wiedniu. Pojechaliśmy tam z Andrzejem Kurylewiczem, Wandą Warską i Ptaszynem Wróblewskim jako delegowany z Polski zespół jazzowy. Przy okazji byliśmy na koncercie Elli Fitzgerald. To był prawdziwy szok. Pierwszy raz w życiu kupiłem sobie wtedy butelkę coca-coli i fanty. Były też "grania na statku", w czasie których występowałem na przykład z Astrud Gilberto. To tak zwane "grania zarobkowe", gdzie wykonywaliśmy głównie jazz. Nie mniej ciekawe przeżycia, często wysokich lotów artystycznych. Publiczność była bardzo wdzięczna - głównie Amerykanie, dojrzali muzycznie, wychowani na swingu i jazzie. Mieliśmy swoich wiernych słuchaczy. Dla nas było to granie tak przyjemne, jak na "regularnych" koncertach. Na statkach występowałem jako perkusista i wokalista, głównie jazzowy. Zdarzało się, że bardzo się podobałem jako wokalista, ale po dwóch koncertach sugerowano, żebym więcej nie występował, bo zakontraktowani amerykańscy soliści śpiewali gorzej ode mnie.
Pomimo upływu lat czuję się bardzo dobrze, głos mi dopisuje, z kolegami z branży żyję w przyjaźni. Jako muzyk mogę jeszcze bardzo wiele zrobić, o ile pozwolą trudne dla artystów czasy. Oczywiście inaczej dziś wygląda ta aktywność w porównaniu do sytuacji sprzed 30 lat. Kiedy na przykład zapraszano mnie do Polskiego Radia, żebym dokonał nagrań moich piosenek, oddawano do dyspozycji studia nagraniowe i orkiestrę Stefana Rachonia, złożoną z ok. 60 osób. Jeśli dziś chciałbym zarejestrować swoje nowe utwory, musiałbym wyłożyć własne pieniądze. Ale nie narzekajmy. Cały czas jestem zmobilizowany. Chętnie bym nagrał płytę, chętnie bym też wydał, bo w radiowym archiwum materiału starczyłoby na dwie. Tylko czasami zastanawiam się, czy gdybym chciał poświęcić się dziś piosenkarstwu, to przewaga słuchaczy, którzy chcą słuchać takich piosenek, spokojnych, melodyjnych, z dobrymi tekstami byłaby wystarczająca. Skoro jednak Estrada postanowiła opoblikować moje nagrania, to jestem dobrej myśli.
Andrzej Dąbrowski, Ivo Vlassak
Estrada Nagrania
Wybrana dyskografia:
Zielono mi - 1970 (SP, Muza N-0594), Przygoda z Marią - 1970 (SP, Muza N-0624), Do zakochania jeden krok - 1972 (LP, Pronit SXL-0768), Andrzej Dąbrowski - 1974 (LP, Pronit SXL-1093), Live z klubu Akwarium - 1981 (LP, Poljazz PSJ-95)
OD REDAKCJI:
W swojej wieloletniej karierze Andrzej Dąbrowki nagrał ponad 100 utworów - my jak do tej pory opublikowaliśmy zaledwie jeden, który z miejsca stał się przebojem minionego lata. Napewno sięgniemy po kolejne. Proponujemy państwu również obszerny wywiad z artystą.
KOMENTARZE
2 wrzesień 2008
ESTRADA NAGRANIA: Fonoteka 2 (Remixed)
W przeciwieństwie do wielu innych kompilacji, których nagrania posiadają znaczenie raczej historyczne, ta płyta nie została zredagowana chronologicznie: o kolejności utworów nie decydowały data nagrań (choć ta również miała pewne znaczenie). Nagrania znajdujące pod koniec płyty, wcale nie są najgorsze, zaś te na początku - najlepsze. Zgromadzone wersje nagrań mogą zachwycić, jako że nie mieliśmy do tej pory zbyt wielu polskich płyt z muzyką taneczną, a zarazem ilustracujną. I choć na zachodzie takich płyt wydaję się być mnóstwo, my doczekaliśmy się jej dopiero teraz. Nie jest to jednak muzyka i l u s t r a c y j n a w ścisłym tego słowa znaczeniu, bowiem utwory te żyją zupełnie własnym życiem – także w oderwaniu od czysto rozrywkowego kontekstu. Muzyka, oprócz popularnych już tekstów, spełnia tu rolę niebagatelną; stanowi bowiem niejako muzyczną osnowę, na której ów tekst nabiera blasku, staje się czytelny i zrozumiały dla wszystkich. I nawet nie ma znaczenia, że niekiedy wersyfikacja tekstu nie zawsze pokrywa się z muzyczną frazą, bowiem chodzi tu przede wszystkim o rytm. Można więc było obawiać się, że owa fascynacja rytmem w muzyce uczyni ją przestylizowaną, nieprawdziwą. Tymczasem tak nie jest. Owszem, mamy tu do czynienia ze stylizacją, jednak wszystko to podane jest tak subtelnie, że można by pomyśleć, iż tekst i muzyka narodziły się w tym samym czasie. Najważniejsza na płycie jest jednak jej niesłychana prostota – jakiś motyw, prosta figuracja, lekka melodia. A przy tym skromna instrumentacja i powściągliwość muzyków. Staranne wymieszanie wszystkich tych ingrediencji dało w rezultacie kwintesencję luksusowej muzyki rozrywkowej i relaksacyjnej, idealnej na wszystki okazje.
PREZENTUJEMY:
1 Pekin / 2 Fizz - Way To Wonder / 3 patr00 feat. Caucasian - Thinking Of You (Download AVI) / 4 Always On Time / 5 Mr.White - Po to rodzisz się / 6 Dilated Peoples - Marathon (produced by Mr.White) / 7 2 Pac - Thugs Get Lonely Too (produced by Pióro) / 8 RaV - 194 / 9 Anon - Pati / 10 Nicolay & Kay - Stop My Way (produced by Kurek) / 11 Dyzma feat. Seb Zillner - That's Love / 12 Fio - M'Ann / 13 Przaśnik - F Word / 14 Moskwa
DOWNLOAD
© 2008 Sixteen Pads Records / 77 Cuts. All rights reserved.
KOMENTARZE
30 sierpień 2008
Nowoczesność w grafice analogowej
"Uderzająca, bezwartościowa, natchniona, oklepana, błyskotliwa, silna, nijaka, uderzająca, tania, okrutna, malarska, nieszczera, ostrożna, sucha, wyrafinowana, agresywna, narzucająca się, dowcipna, pusta, rewizjonistyczna, ryzykowna, wizjonerska, kobieca, męska ... " – na chybił trafił to zaledwie 25 określeń, spośród 372 jakie krążą u krytyków na temat grafiki analogowej. Sytuacja dość niecodzienna, tym bardziej, że nie jest to nurt specjalnie popularny. Co przeciętny odbiorca wie o grafice analogowej? Praktycznie nic – dobrze, jeżeli ją w ogóle odróżnia od rysunku technicznego. Zizi Trepszo z pracowni 77cuts zna ją na wylot. Oto kilka słów o naszej artystce.
W polskiej grafice powojennej "szkoła analogowa" odgrywa rolę szczególną. Począwszy od końca lat pięćdziesiątych poprzez lata sześćdziesiąte – a nawet i dzisiaj jeszcze - do niej należała i należy artystyczna inicjatywa na polu grafiki. Jej wpływ i inspiracja potwierdziły się wielokrotnie w twórczości młodych grafików Warszawy, Łodzi, Wrocławia czy Krakowa. A specyficzny manieryzm stał się piętnem prześladującym aż nazbyt wyraźnie znaczną część poszukiwań w dziedzinie grafiki. Przez długi czas przeciwstawić jej można było jedynie takich samotników i outsiderów jak Zizi Trepszo czy Józef Gielniak. Przypomnieć o niej warto na tym miejscu również i z tego względu, że inwencja Gielniaka znalazła jakieś echo we współczesnych pracach artystów analogowych. Wspólny jest im język symboli i dosłowności ekspresji plastycznej.
Dążenie do znalezienia metafory dla treści, które pragnie przekazać ta forma plastyki, to współuczestnictwo w szukaniu nawiązania nowoczesności do awangardy bądź popularnej klasyki. Przedstawieniowa dosłowność okazała się jedynie manierą, którą równie łatwo przyswoić artyście, co ze zniechęceniem rozpoznać widzowi. Nie oznacza to jednak uproszczenia działań, ani też ich świadomego zubożenia do najprostszych i najskromniejszych. Zizi Trepszo wyraźnie dąży do wizualnego zróżnicowania efektów od bogactwa, które dostarczyć mają oglądającemu zmysłowej satysfakcji a dziełu zapewnić doskonałość wykonania. Więcej nawet. Każde bowiem z rozwiązań stara się Trepszo oczyścić z wszelkiej naturalnej przypadkowości, doprowadzić do stanu całkowitej całkowitej abstrakcji, przetłumaczonej na czyste niejako piękno. To piękno oddychające jakimiś muzycznymi rytmami powtórzeń, falowań poszczególnych form i całych układów niedostrzegalnie wnikających i przetwarzających się jeden w drugi, jest cechą całej jej twórczości na wszystkich etapach jej rozwoju.
W swoim dążeniu do harmonijnej doskonałości Zizi Trepszo jest aż staroświecka. Chciałoby się powiedzieć „japońska”, gdyż kompletnie pozbawiona wszelkich kompleksów sztuki europejskiej, która w swoich nowych awangardowych przejawach ucieka ku działaniom szorstkim, ku gorzkim smakom i synchronicznym współbrzmieniom. A więc ku całemu swemu antyestetyzmowi. Jej charakter sztuki sprawił, iż znalazła ona wspólny język z grafiką japońską. Wyraziło się to nie tylko nagrodą na międzynarodowym Biennale w Tokio i udziałem na wielu innych wystawach w Japonii, lecz także pewnym wyraźnym nawiązaniem do niektórych jej koncepcji, które w japońskiej grafice wydały się ideowo bliskie. Ze swej strony Zizi Trepszo znalazła w tej grafice inspiracje, która z biegiem czasu jeszcze bardziej oddalić ją musiała od lokalnych artystów.
Niezwykłości nie szuka się zatem tam, gdzie przywykliśmy ją znajdować. W jej dziełach niezwykłość, czy imaginatywne działanie, które widz odczuwa, zawarte zostały nie w sferze więcej lub mniej tajemniczych treści, lecz w postaci i wizualnym kształcie, który jest nam bezpośrednio dany przed oczyma. W poszczególnych formach, które artystka chętnie powtarza z poszczególnych pewnymi zmianami w wielu kolejnych pracach, odczytywać możemy wprawdzie nie konkretne przedmioty, lecz pewne kształty materialne, którym możemy przypisać realne istnienie w świecie. Kształty jawią się jako pewien fenomen optyczny, jako pewien przypadek przestrzenności. Zizi Trepszo nawiązuje zatem do naszej podstawowej, pierwotnej wiedzy zmysłowej o świecie materialnym, do naszego odczucia przestrzenności – a więc do prostych odczuć zmysłowych, a nie zaś literackich sensów czy wiedzy o praktycznym zastosowaniu. Bowiem również w życiu mogą się podobać także przedmioty, których przydatność jest nam nieznana i obojętna.
Rozmawialiśmy jeszcze długo z pracownikami naszego atelier plastycznego, jest bowiem prawdziwą przyjemnością rozmawiać z kimś, kto nie próbuje udawać, że lekceważy swoją pracę i nie kryje się ze swoją autentyczną pasją. Być może to już ostatni bastion prawdziwego rzemiosła plastycznego, w którym artysta wypowiada się w pełni i rzeczywiście sam.
Ivo Vlassak
Redaktor naczelny
KOMENTARZE






















